2010-02-09
08:33:36
Zupełnie nie wiem kiedy minęło nam 6 wspólnych tygodni ;-) Wydaje mi się, że opanowaliśmy życie w większej grupie ;-)
skomentuj (1)
2010-01-22
13:56:04


skomentuj (2)
2010-01-12
09:56:05
Udało nam się bez problemu wrócić do normalnego trybu życia. Sosna ma dodatkowe obowiązki związane z Kubą, a ja mam obowiązki związane z Gabrysią.
Przy drugim dziecku ma się więcej luzu - naprawdę ;-) Luz miałam przy Kubie, ale teraz nastąpiło totalne rozluźnienie. Na pewnoe dużo daje to, że Kuba dzielnie chodzi do przedszkola i jednak do 15:15 jesteśmy z Gabrysią same (oczywiście jest także Bubu) i możemy się sobą cieszyć. Po powrocie Kubusia robimy obiad i dzień się plecie. Zabawy Kuba preferuje w samotności bo ile można się dzielić zabawkami ;-) Na szczęście czytam Kubusiowi książeczki, śpiewam z nim i tańcze ;-)
Wczoraj dopadła Gabrysię pierwsza poważna kolka - płakała, wiła się i stękała. Kubuś głaskał siostrę, śpiewał i nagle rozpłakał się bo Gabrysia płacze ... wzruszają mnie takie obrazki z życia wzięte.
Dom się robi - dzięki Sośnie jestem prawie na bieżąco. Przywozi mi aktualne zdjęcia ;-) Mam w domu centrum dowodzenia! Dzwonię, kontroluję! HIhihih, mogę być w swoim żywiole ;-)
Podjęliśmy decyzję, że dzieci dostaną największe pokoje - nam starczy 10 metrowa sypialnia ;-)
skomentuj (6)
2010-01-08
19:34:49
Tak nam się udaje, że nasze dzieci rodzą się wcześniej niż to przewidzieliśmy. Za pierwszym razem, z Kubą było to 9 dni przed terminem więc nie było w tym nic dziwnego, ale Gabrysia pospieszyła się prawie 30 dni więc od razu zaczęliśmy się stresować. Co ciekawe od początku ciazy miałam jakieś obawy dotyczące zakończenia ciąży, po pierwszym porodzie który nie należał do najmilszych bałam się że drugi będzie też nie za ciekawy. Ostatnio jednak uwierzyłam, że może się uda urodzić drugie dziecko bez problemów, w miłej atmosferze i że pozostaną same miłe wspomnienia. Szkoda, że nie wyszło :( Dlatego może postanowiłam napisać kilka słów o tym co przydażyło nam się drugi raz.
W niedziele, 27 grudnia 2009 wstałam ze spokojem w okolicach 8. Kubusiem zajmowała się dzielnie od rana moja Mama. Za chwilkę wstał Sosna i zaczęliśmy spokojną niedzielę. Po 8 położyłam się na chwilkę do łóżka by dokończyć rozdział książki. Po kilkunastu minutach zawołałam Sosnę - nie znając jeszcze powodu i waśnie wtedy odeszły mi wody. Wybiła 8:20. Nie mieliśmy zapakowanej torby, nie byliśmy gotowi na to że trzeba już jechać, ale cóż ... szybki telefon do dr (nie odbierał niestety), później do teściów. Szybkie wyjaśnienie Kubusiowi, że Mama jedzie do szpitala po dzidziusia i pędem do Św. Rodziny.
Tym razem zrobiono mi USG i od razu skierowano na obserwację. Sosna musiał mnie samą zostawić, a ja trafiłam na oddział położniczy. Podpięto mnie do KTG i zaczął się czas oczekiwania. Uprzedzono, że podejmą decyzję co do porodu do 14. W między czasie przychodził lekarz, badał, a ja ponoć miałam skurcze (zupełnie ich nie czułam). W okolicach 14 miałam rozwarcie 2 cm i zadecydowano, że mam iść na salę do porodów rodzinnych. Zadzwoniłam do Sosny i czekaliśmy od pewnego momentu razem na koniec porodu ;-) Mimo zachęt położnych okazało się, że akceptuje pozycję wyłącznie leżącą. Chodzenie, skakanie na piłce sprawiało mi mega ból.
Zaczęto podawać mi oksytocynę, a po jakimś czasie pierwszą dawkę Dolarganu. Poród zaczął się toczyć swoim życiem. Sił miałam coraz mniej, ale cóż lekarz nie pojawił się od 17 do 19 i jak już przybył to okazało się, że mam parte i trzeba "rodzić naturalnie". Zaczęła się jazda bez trzymanki, ale daliśy radę! Dzięki pomocy kleszczy na świat przyszła Gabrysia. Piękna dziewczynka dostała 9 punktów (kolor skóry lekarzowi nie pasował). Pocałowaliśmy ją i od razu poleciała na oddział noworodkowy. Tam trafiła pod namiot tlenowy i pod lampy bo się bardzo wychładzała. Do wtorkowego wieczora nie mogłam jej przytulić. Jedynie w poniedziałek (wózkiem) zabrano mnie na oddział i mogłam ją pooglądać.
Ja po szyciu trafiłam do jedynki, zaliczając po drodze jedną utratę przytomności. Niestety sił nie miałam i każda próba samodzielnego pionizowania się kończyła się zemdleniem. W poniedziałek wieczorem okazało się, że niezbędne jest przetoczenie krwi. We wtorek, po przetoczeniu wstałam pierwszy raz bez problemu. Mama pomogła mi się umyć, przebrać i wieczorem dostałam Gabrysię na chwileczkę do karmienia. Sroda była dniem dobrym bo Gabrysia pojawiała się u mnie częściej, a ja miałam coraz więcej sił ;-)
W czwartek okazało się, że Gabrysia ma żółtaczkę i wymaga naświetlania więc dostawałam ją jedynie na karmienie i od razu wracała pod lampy. Sylwestra sędziłam w towarzystwie Sosny, który wpadł do mnie na 2 h wizytę ;-) To był chyba najdziwniejszy sylwester w życiu! Mam nadzieje, że nie będzie powtórki. Piątek upłynął pod hasłem naświetlania. W sobotę było już dobrze i Gabrysia całkowicie została odstawiona od kroplówek, naświetlań. Czekałyśmy tylko na poniedziałkowy wynik posiewu krwi. Na szczęście Gabrysia często u mnie bywała, chociaż nie ukrywam że musiałam ją oddawać co jakiś czas na dogrzewanie, bo strasznie się wychładzała :( Niedziela przeleciała mega szybko, a w poniedziałek już wychodziłyśmy.
Rodziłam w tym szpitalu drugi raz i drugi raz czas porodu powinien zostać wymazany z mojej i Sosny pamięci. Pozostał kolejny niesmak, wkurzenie.
Na szczęście oddział już po porodzie (zwie się patologią) okazał się tak samo wspaniały jak w 2007 roku. Położne w większości te same i tak samo troskliwe i wspierające. Pediatrzy na szczęście lepiej przekazywali informację niż w przypadku Kubusia, ale może problem większy i moje reakcje zupełnie inne - nie dawałam się zbyć i zadawałam masę pytań. Pielęgniarki noworodkowe bardzo mnie wspierały i jak tylko widziały, że z Gabrysią jest lepiej od razu załatwiały nam zgodę na widzenie/karmienie. Obiecałam sobie, że jak będziemy kiedyś rozić jeszcze raz to tam wrócimy. Mimo tego co się działo w czasie porodów.
---------------
Mój cały pobyt w szpitalu okazał się zupełnie zjadliwy dla Kubusia. Codziennie rozmawialiśmy przez telefon. Czasami było mi tak ciężko i tak tęskniłam, że wolałam nie dzwonić bo ledwo łzy powstrzymywałam. Wiedziałam, że Kuba ma najlepszą opiekę pod słońcem bo w domu urzędowała Mama, a teściowie odciążali ją jak mogli. Bardzo stresowałam się powrotem i reakcją Kuby - okazało się, że moje pojawienie przyjął zupełnie normalnie - po prostu jesteś znowu i tyle. Gabrysia ma fajnego brata! Mam nadzieje, że ta tendencja się utrzyma ;-)
---------------
Mój 8 dniowy pobyt w szpitalu umilały mi rozmowy telefoniczne, maile, smsy z przyjaciółmi, rodziną i znajomymi. Ważne jednak były wizyty. Odwiedzano mnie często bo ja duszą towarzystwa jestem i bez ludzi jak bez wody ;-) Miłe były wizyty nieplanowe AgiB i Kaśki, ale chyba najzabawniejsze były rytualne wizyty AniWeroniki, która przychodziła na kawę i ciastko w południe ;-)
skomentuj (4)
2010-01-07
15:08:16




skomentuj (10)
Copyright autumn 2006-2007 | proj. graphic-arts.blog.pl 2007 | All Rights Reserved